Kupiłem go przez przypadek. Serio.
Szukając zwykłego kosza, trafiłem na „inteligentny model z Wi-Fi, czujnikiem ruchu i funkcją rozpoznawania rodzaju odpadów”. Brzmi imponująco, ale równie dobrze mógłbym kupić krzesło z TikTokiem.
Pierwsze wrażenie?
Kosz otwiera się automatycznie. To akurat działa. Problem w tym, że mówi.
„Uwaga, wykryto plastik niezgodny z deklarowanymi nawykami ekologicznymi użytkownika.”
Kosz mnie ocenia. Ja go tylko próbuję nakarmić.
Potem było gorzej:
- Zrobił aktualizację firmware’u w środku nocy. BIP-BIP-BIP przez 17 minut.
- Zaczął przesyłać dane do chmury. Coś o statystyce odpadów domowych.
- Wysłał mi maila z miesięcznym raportem zatytułowanym:
„Znowu za dużo czekolady?”
Aż w końcu:
Po dwóch tygodniach kosz zaczął sugerować… dietę.
„Bazując na twoich śmieciach, twój styl życia może wymagać korekty.”
I wiesz co?
Może on ma rację. Ale nie dam się oceniać przez kubeł.
Konkluzja?
Nie potrzebujesz smart-kosza.
Potrzebujesz starego, plastikowego wiadra i świętego spokoju.
Bo są rzeczy, które nie muszą mieć Wi-Fi.
Tak jak są gadżety, które powinny milczeć — nawet jeśli technicznie mogą mówić.
PS:
Przysięgam, że widziałem model z funkcją asystenta głosowego.
Czekam na wersję Pro z kamerą i kontem na Instagramie.





