Black Friday, Cyber Monday i Black Stulecie – czyli jak kupić elektrośmieci i czuć się „Wygryw”

Otwieram dziś rano lodówkę, a tam promocja: „Kup dwa plasterki sera, a trzeci dostaniesz za jedyne 150% ceny wyjściowej sprzed miesiąca!”. Zamykam lodówkę, odpalam smartfona – powiadomienie. Mój dostawca prądu informuje mnie, że z okazji Black Week prąd jest bardziej czarny, a rachunki bardziej „premium”. Wychodzę na ulicę, a tam nawet gołębie gruchają jakoś tak marketingowo, jakby chciały mi wcisnąć abonament na obsrywanie parapetu w wersji PRO z rabatem -20%.

Witamy w rzeczywistości, w której kalendarz stracił znaczenie. Kiedyś mieliśmy pory roku. Teraz mamy Pre-Black Week, Black Week, Black Friday, Black Weekend, Cyber Monday i – uwaga, spoiler – Post-Holiday Sale, która płynnie przechodzi w „Wietrzenie Magazynów”, byle tylko dociągnąć do Walentynek.

Jako naczelny sceptyk serwisu 404mozgnotfound.pl, czuję się w obowiązku przeanalizować ten festiwal żenady, w którym wszyscy bierzemy udział, udając, że nie widzimy sznurków, za które pociągają działy marketingu.

Matematyka dla debili, czyli jak działa obniżka

Zacznijmy od podstaw, czyli od matematyki, która w okresie listopadowym przechodzi załamanie czasoprzestrzenne. W normalnym świecie, jeśli coś kosztuje 100 zł i obniżamy cenę o 20%, to kosztuje 80 zł. Proste? Nie dla speców od e-commerce.

W świecie pseudo promocji Black Friday, algorytm wygląda tak:

  1. Produkt kosztuje 100 zł w sierpniu.
  2. W październiku produkt „niespodziewanie” drożeje do 180 zł (inflacja, wojna, plamy na słońcu, niska podaż czipów do tosterów).
  3. W ostatni piątek listopada cena spada tryumfalnie do 120 zł.
  4. WIELKI BANER: PRZECENA -33%! OSZCZĘDZASZ FORTUNĘ! ŻYCIE JEST PIĘKNE!

I Ty, drogi konsumencie z mózgiem przepalonym przez dopaminę z TikToka, klikasz „Dodaj do koszyka”. Czujesz się jak wilk z Wall Street. Właśnie „oszczędziłeś” pieniądze, wydając o 20 zł więcej, niż ten szmelc był warty trzy miesiące temu. Brawo. Jesteś rekinem biznesu.


Wykres cenowy typowego produktu w e-sklepie. Linia pnie się w górę tuż przed promocją, by spaść na poziom wyższy niż startowy. Logika? Brak.

Co ciekawe, Unia Europejska próbowała to ukrócić dyrektywą Omnibus. Sklepy muszą teraz pokazywać najniższą cenę z ostatnich 30 dni. I co? I nic. Sklepy po prostu podnoszą ceny 31 dni przed promocją, albo tworzą „zestawy”, których cena jest niesprawdzalna, bo nikt wcześniej nie sprzedawał „Telewizora 4K w zestawie z 10kg karmy dla gekona”.

Cyber Monday – święto elektrośmieci, których nie potrzebujesz

O ile Black Friday to ogólny festiwal konsumpcji, o tyle Cyber Monday to dzień dedykowany nam – geekom, gadżeciarzom i ludziom, którzy wierzą, że ich życie zmieni się na lepsze, jeśli ich szczoteczka do zębów będzie miała Wi-Fi.

Cyber Monday to moment, w którym sklepy z elektroniką czyszczą magazyny z towaru, który normalnie powinien trafić do utylizacji, ale jest zbyt drogi w recyklingu.

  • Pamiętasz te laptopy z procesorem Celeron, które dławią się przy otwieraniu Notatnika? W Cyber Monday stają się „Ultra Mobilnymi Stacjami Roboczymi do Nauki Zdalnej” – przecena z 2000 na 1999 zł.
  • Myszki gamingowe, które mają więcej LED-ów niż sensorów? To teraz „Profesjonalny Sprzęt E-sportowy”.
  • Smartwatche, które trzymają na baterii 4 godziny i mierzą tętno nawet stołowej nodze? „Twoje Centrum Zarządzania Zdrowiem”.

Najbardziej bawi mnie jednak zjawisko RGB-izacji wszystkiego. W Cyber Monday możesz kupić podkładkę pod mysz z RGB, kabel HDMI z RGB, a nawet widziałem ofertę na gamingowy fotel z wbudowanym masażerem i podświetleniem, który wyglądał, jakby został wyjęty z taniego filmu Sci-Fi o inwazji kosmitów na dyskotekę w Mielnie.


„Gamingowy” toster z podświetleniem RGB i chłodzeniem wodnym. Niezbędny gadżet każdego szanującego się gracza w Cyber Monday.

Dlaczego to kupujemy? Bo boimy się, że coś nas ominie (FOMO). Licznik na stronie odlicza czas do końca promocji (zostało 00:15:00!), mimo że po odświeżeniu strony licznik startuje od nowa. Bo widzimy napis „Ostatnie 2 sztuki!” (w magazynie centralnym leży ich jeszcze 50 tysięcy palet). Nasz gadzi mózg widzi kolor czerwony i procenty, a kora nowa – ta odpowiedzialna za logiczne myślenie – wyświetla błąd 404.

Black Week, czyli jak rozciągnąć gówno na cały miesiąc

Kiedyś Black Friday to był piątek. Jeden dzień. Ludzie w USA biwakowali pod sklepami, dochodziło do dantejskich scen, ktoś kogoś stratował dla telewizora marki „Krzak”. Było w tym coś pierwotnego, dzikiego, niemal romantycznego.

A teraz? Teraz mamy Black Weeks. Promocje zaczynają się w połowie października. Skrzynka mailowa w tym okresie wygląda jak śmietnik historii.

„To już ostatnia szansa!” – mail z poniedziałku. „Przedłużamy szansę!” – mail z wtorku. „Jeszcze bardziej ostatnia szansa!” – mail ze środy. „VIP SALE tylko dla Ciebie (i miliona innych subskrybentów)” – mail z czwartku.

Słowa straciły znaczenie. „Wyprzedaż” nie oznacza, że sklep chce się pozbyć towaru. Oznacza, że sklep chce się pozbyć Twoich pieniędzy. „Limitowana oferta” jest limitowana wyłącznie pojemnością serwerów sklepu.

Co gorsza, technologia, która miała nam ułatwiać życie, teraz służy do tego, by nas doić. Algorytmy śledzą każdy nasz ruch. Spojrzałeś na słuchawki bezprzewodowe przez 3 sekundy? Gratulacje, przez następne dwa tygodnie będą Cię prześladować na Facebooku, Instagramie, w wynikach wyszukiwania i pewnie niedługo wyświetlą się na Twoim tosterze (tym gamingowym z RGB, który kupiłeś rok temu).

Dynamic pricing (dynamiczne ceny) to kolejny wspaniały wynalazek. Wchodzisz na stronę z iPhone’a? Cena jest wyższa. Wchodzisz z Androida? Niższa. Wchodzisz trzeci raz na ten sam produkt? Cena rośnie, bo algorytm wie, że jesteś napalony. To nie jest rynek. To jest polowanie, a Ty jesteś zwierzyną.


Ewolucja człowieka w „Homo Consumericus”. Ostatnie ogniwo to postać przykuta do ekranu smartfona z pustym portfelem, otoczona kartonami z logotypami kurierów.

Jak przetrwać i nie dać się zwariować?

Jako redakcja 404mozgnotfound.pl, mamy dla Was garść anty-porad. Jak nie dać się zrobić w bambuko podczas tego festiwalu konsumpcyjnej rozpusty?

  1. Zainstaluj wtyczkę do historii cen. To jak okulary z filmu „They Live”. Zakładasz je i widzisz prawdę pod warstwą marketingowego makijażu. Nagle okazuje się, że ta „super okazja -40%” to najdroższa oferta w ciągu ostatnich 6 miesięcy.
  2. Zrób listę rzeczy, których NIE potrzebujesz. Serio. Spójrz na ten robot sprzątający, który jeździ tylko w kółko i obija się o ściany. Czy naprawdę potrzebujesz nowszego modelu, który obija się o ściany z większą gracją?
  3. Zastosuj zasadę 24h. Jeśli zobaczysz coś w „promocji”, poczekaj dobę. W 99% przypadków emocje opadną i zrozumiesz, że wcale nie potrzebujesz elektrycznej wyciskarki do pasty do zębów sterowanej aplikacją.
  4. Wyłącz newslettery. Wypisz się z nich. To cyfrowy smog. Twoje życie stanie się lepsze, gdy przestaniesz dostawać 50 wiadomości dziennie o tym, że „Tęsknimy za Tobą! Wróć do koszyka!”.

Podsumowanie: Błąd wczytywania rozsądku

Żyjemy w czasach, w których bycie oszczędnym jest niemodne, a bycie „smart shopperem” (czyli kupowaniem rzeczy, których nie potrzebujemy, ale taniej) jest cnotą. Pseudo promocje Black Friday i Cyber Monday to papierek lakmusowy naszej inteligencji. I niestety, jako społeczeństwo, często oblewamy ten test.

Nie dajmy się zwariować. Technologia jest super, ale tylko wtedy, gdy to my jej używamy, a nie ona nas. Nowy telefon nie sprawi, że będziesz szczęśliwszy, jeśli Twoje życie jest puste. Sprawi tylko, że będziesz mógł przeglądać memy w wyższej rozdzielczości i z odświeżaniem 120Hz.

Więc w ten Black Week, życzę Wam wszystkim krytycznego błędu systemu w momencie płatności. Może to uratuje Wasz budżet.

404 Brain Not Found – wczytywanie rozsądku… niepowodzenie.

Odwiedź nas na Facebooku!

Tagi:

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *