Witajcie, obywatele Republiki Internetu. Dziś pochylimy się nad zjawiskiem, które sprawia, że serwery Marka Zuckerberga grzeją się szybciej niż parówki na stacji benzynowej w lipcu. Mowa o czymś, co łączy nas wszystkich – od profesora uniwersytetu po Pana Janusza, który właśnie odkrył, że „Caps Lock” to ten przycisk, co robi duże litery, a duże litery oznaczają, że MASZ RACJĘ.
Tak, moi drodzy. Mowa o uprawianiu polityki w social mediach.
Kiedyś, żeby zmienić ustrój państwa, trzeba było wyjść na ulicę, zbudować barykadę, a w najgorszym wypadku dać się spałować ZOMO. Dzisiaj? Dzisiaj wystarczy zmienić nakładkę na zdjęciu profilowym i napisać sążnisty post, zaczynający się od słów „NIE MOŻE BYĆ MOJEJ ZGODY NA…”. I cyk, pora na CS-a, demokracja uratowana.
Ale czy na pewno? Zanurzmy się w to szambo… to znaczy, w tę fascynującą socjologiczną otchłań.
Homo Facebookus i syndrom nagłego eksperta
Zacznijmy od fenomenu, który powinien być badany przez psychiatrów na równi z rozdwojeniem jaźni. W internecie nikt nie jest sobą. W internecie każdy jest ekspertem od wszystkiego. To niesamowite, jak szybko polityka w social mediach potrafi przekwalifikować naród.
Pamiętacie czasy pandemii? Wszyscy byli wirusologami. Wybuchła wojna? Cyk, w 24 godziny ci sami ludzie zrobili doktorat z geopolityki i strategii wojskowej. Teraz, gdy temat schodzi na gospodarkę czy aborcję, nagle mamy 38 milionów konstytucjonalistów.
Mechanizm jest prosty. Przeczytałeś nagłówek artykułu (treści nie, bo za długa i paywall)? Brawo. Jesteś gotowy do walki. Twoja broń to klawiatura, twoja tarcza to anonimowość (lub jej brak, co jest jeszcze zabawniejsze), a twoim celem jest zniszczenie każdego, kto myśli inaczej.

Spójrzcie na powyższą rycinę. To my. To Ty i ja, kiedy o 23:00 zamiast iść spać, kłócimy się z botem o nazwie „Piotr_Patriota_1990” o to, czy inflacja to wina rządu, czy cyklistów. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że wydaje nam się, iż nasza opinia ma znaczenie. Że gdzieś tam w gabinetach premierów i prezydentów siedzi sztab ludzi, drukuje nasze komentarze z Facebooka i mówi: „Panie Prezydencie, użytkownik Krysia_z_Gdyni napisała, że jesteśmy złodziejami. Musimy natychmiast podać się do dymisji”.
Bańka informacyjna: Najcieplejsze miejsce w internecie
Kolejnym technologicznym cudem, które zamieniło debatę publiczną w cyfrowy onanizm, są algorytmy. Polityka w social mediach nie służy do wymiany poglądów. Ona służy do utwierdzania nas w przekonaniu, że jesteśmy geniuszami, a reszta to idioci.
Algorytm Facebooka, Twittera (czy tam X, bo Musk ma kompleksy) czy TikToka działa prosto: ma Cię utrzymać w serwisie jak najdłużej. A co trzyma nas przy ekranie? Gniew i potakiwanie.
- Gniew: Algorytm podsuwa Ci post polityka, którego nienawidzisz, żebyś mógł napisać komentarz pełen jadu. Zaangażowanie rośnie.
- Potakiwanie: Algorytm podsuwa Ci posty Twoich znajomych, którzy myślą tak samo jak Ty. Lajkujesz, serduszkujesz, czujesz się częścią stada.
W efekcie żyjemy w bańkach. Jeśli jesteś „z lewej”, Twój internet wygląda zupełnie inaczej niż internet twojego wujka, który jest „z prawej”. To są dwa różne światy. W Twoim świecie wszyscy walczą o prawa zwierząt i sojowe latte, w jego świecie wszyscy walczą z ideologią LGBT i jedzą steki popijając wodą święconą.

I kiedy te dwa światy się zderzają – na przykład w komentarzach pod postem Onetu – następuje eksplozja nuklearna głupoty. Nikt nikogo nie słucha. Każdy recytuje formułki zasłyszane w swojej bańce. To nie jest rozmowa. To są dwa monologi wykrzykiwane do lustra weneckiego.
Clicktivism, czyli aktywizm dla leniwych
Nie możemy pominąć mojego ulubionego zjawiska: clicktivismu (kliktywizmu). To przekonanie, że lajk, udostępnienie czy zmiana ramki profilowej to realne działanie polityczne.
- Wybucha wojna? Zmień flagę na profilowym. Putin na pewno się przestraszy, gdy zobaczy, że Grażyna z Radomia ma nakładkę w barwach Ukrainy.
- Płonie las w Amazonii? Udostępnij smutną grafikę z płaczącym drzewem. Pożar zgaśnie od łez wylewanych w reakcjach „Sad”.
- Łamane są prawa człowieka? Podpisz petycję online na stronie, o której nikt nigdy nie słyszał i która służy tylko do wyłudzania maili.
Nie zrozumcie mnie źle – świadomość jest ważna. Ale polityka w social mediach dała nam fałszywe poczucie sprawczości. Kliknięcie „Udostępnij” daje taki sam strzał dopaminy jak pójście na protest, ale nie wymaga wychodzenia z domu, marznięcia i ryzykowania mandatem. To polityka w wersji fast food – tania, szybka, dająca chwilową satysfakcję, ale na dłuższą metę powodująca otyłość umysłową.
Twitter (X) – Arena gladiatorów z ADHD
Osobny akapit należy się Twitterowi. To miejsce to prawdziwy ściek (pozdrawiam Elona), ale też główne miejsce, gdzie „uprawia się” politykę. Limit znaków (kiedyś 140, potem 280, teraz dla płacących więcej, ale kto by to czytał) wymusił specyficzną formę komunikacji:
- Zero niuansów.
- Maksimum ataku.
- „Zaoranie” przeciwnika ważniejsze niż prawda.
Na Twitterze politycy zachowują się jak nastolatki w gimnazjum. Zamiast ustaw, wrzucają „diss na przeciwnika”. Dziennikarze zamiast sprawdzać fakty, robią „retweet” najgłośniejszego krzyku. A my, gawiedź, siedzimy na trybunach i rzucamy wirtualnymi pomidorami.
Słownik pojęć politycznego Twittera:
- „Słychać wycie? Znakomicie!” – argument ostateczny, gdy nie masz racji, ale wkurzyłeś drugą stronę.
- „Foliarz / Płaskoziemca” – każdy, kto zadaje niewygodne pytania.
- „Lewak / Prawak” – uniwersalne etykiety, które zwalniają z myślenia.
- „Ratio” – kiedy Twoja głupota jest tak wielka, że liczba odpowiedzi wyśmiewających Cię przewyższa liczbę lajków.
Zarządzanie gniewem level: Internet
Dlaczego to robimy? Dlaczego marnujemy godziny życia na kłótnie z obcymi ludźmi o rzeczy, na które nie mamy wpływu?
Bo polityka w social mediach to biznes. Nie dla nas. Dla platform.
Każda Twoja wściekła reakcja, każdy Twój komentarz pod postem polityka, którego nienawidzisz, to czysty zysk dla korporacji. Gniew to waluta. Szczęśliwi ludzie rzadziej scrollują. Wkurzeni ludzie siedzą do 3 nad ranem, odświeżając feed, żeby sprawdzić, czy „ten idiota wreszcie mi odpisał”.

Zostaliśmy zaprogramowani. Jesteśmy darmowymi pracownikami wielkiej fabryki contentu. My produkujemy kłótnie, oni sprzedają reklamy viagry i kryptowalut wyświetlane obok naszych politycznych manifestów. Jesteś towarem, a twoje poglądy polityczne to tylko tagi marketingowe, dzięki którym łatwiej wcisnąć ci koszulkę z napisem „Konstytucja” albo kubek z „Żołnierzami Wyklętymi”.
Czy jest nadzieja? (Spoiler: 404 Hope Not Found)
Czy da się z tego wyjść? Teoretycznie tak. Wystarczy wyłączyć telefon, wyjść na spacer, porozmawiać z sąsiadem twarzą w twarz (ryzykowne, może się okazać, że głosuje na Tych Drugich).
Ale bądźmy szczerzy – nie zrobimy tego. Jesteśmy uzależnieni od bycia „na bieżąco”. Boimy się, że ominie nas kolejna afera, kolejny mem, kolejna okazja do poczucia moralnej wyższości nad kimś w internecie.
Polityka w social mediach to teatr dla ubogich duchem, w którym wszyscy jesteśmy aktorami, ale nikt nie zna scenariusza. I choć wszyscy narzekamy na poziom debaty, to jutro znowu wejdziemy na Facebooka, zobaczymy post wujka o „Unii Europejskiej zakazującej jedzenia schabowego” i… nie wytrzymamy. Palce same powędrują na klawiaturę.
Więc piszcie, moi drodzy. Walczcie. Ratujcie świat komentarzami. Zmieniajcie rządy lajkami. Historia Was nie zapamięta, ale serwery Google’a zarchiwizują Waszą głupotę na wieki.
A teraz przepraszam, muszę iść na Twittera. Ktoś w internecie myli się w sprawie AI, a ja, jako dumny właściciel domeny 404mozgnotfound, nie mogę tego tak zostawić.
Autor: Naczelny Szyderca 404mozgnotfound.pl Masz inne zdanie? Napisz w komentarzu, chętnie je zignoruję.
Odwiedź nas na Facebooku!






Jeden komentarz