Nowa motoryzacja: więcej ekranów niż w NASA, mniej sensu niż w instrukcji od tostera


Nowoczesny samochód z przesadną ilością ekranów w środku – satyra motoryzacyjna.
Gdy instrukcja to za mało

Wstęp

Kiedyś samochód służył do jeżdżenia. Wsiadałeś, przekręcałeś kluczyk, silnik mruczał jak kot, a jedynym ekranem był ten w kiosku Ruchu, gdy kupowałeś mapę drogową.
Dziś? Wsiadasz, a Twój samochód odpala się jak komputer z Windowsem 95 — tylko po to, żeby powiedzieć Ci, że musisz zaktualizować aplikację od wycieraczek.
Witaj w 2025 roku. Witaj w świecie motoryzacji, w którym przerost formy nad treścią jest tak ogromny, że felgi mogłyby robić za anteny satelitarne.


Motoryzacja kiedyś vs. dziś

Kiedyś awaria samochodu oznaczała, że wymieniasz świecę, pasek klinowy, albo po prostu kopiesz w oponę, bo czemu nie.
Dziś? Wystarczy, że czujnik “wilgotności powietrza w bagażniku” zdecyduje, że ma gorszy dzień — i już zostajesz pieszym.
Na desce rozdzielczej zapala się wtedy ikona, która wygląda jak Pikachu po udarze, a instrukcja obsługi sugeruje: „Proszę skontaktować się z autoryzowanym serwisem. Koszt naprawy: równowartość mieszkania w Radomiu”.


Ekrany wszędzie, ekrany zawsze

Niektórzy producenci uznali, że im większy ekran, tym bardziej “premium” auto. Dlatego dziś kupujesz samochód i dostajesz kino domowe w desce rozdzielczej.
Dotykowe wszystko. Klimatyzacja? W menu. Radio? W menu. Otwieranie schowka? Też w menu.
A jeśli ekran padnie, to nie ustawisz nawet lusterek — bo przecież fizyczne przyciski są passé, a Ty masz być “smart driverem”.


Kierowca walczący z dotykowym ekranem w samochodzie
Chciałem włączyć nawiew, a włączyłem Netflixa.

Awaryjność nowej ery

Kiedyś samochód psuł się w trasie, ale dało się go naprawić na poboczu drutem i kawałkiem taśmy izolacyjnej.
Dziś awaria oznacza, że auto wysyła SMS-a do centrali w Monachium, a tam dział IT ustala, czy mogą Ci pozwolić jechać dalej.
Jeżeli nie, to dostajesz powiadomienie: „Samochód przeszedł w tryb ochronny. Osiągi ograniczone do poziomu hulajnogi elektrycznej”.
Nie zapomnij też o abonamencie na grzanie foteli — bo przecież dlaczego miałbyś mieć coś “za darmo” w aucie za pół miliona.


Samochód z absurdalnym komunikatem serwisowym
I to tylko po wymianie żarówki.

Elektryczne auta — przyszłość, która już wkurza

Elektryki miały być ratunkiem dla planety, ale wyszło jak zawsze.
Tak, nie hałasują, ale za to potrafią zatrzymać się w środku zimy, bo bateria stwierdzi, że dziś nie pracuje.
Ładowanie? W idealnych warunkach trwa “tylko” 20 minut. W realu — stoisz godzinę na mrozie, patrząc, jak procenty ładują się wolniej niż plik z torrentów w 2004.
Do tego te dźwięki ostrzegawcze dla pieszych… Nowy SUV potrafi brzmieć jak mikser kuchenny, a ja osobiście wolę być potrącony, niż słuchać tego w kółko.


Ładowanie samochodu elektrycznego w mrozie
Tylko 5 godzin i będzie 30% baterii!

Przerost formy nad treścią level boss

Przycisk do uruchamiania auta jest wielkości guzika od pilota, ale jego podświetlenie kosztuje tyle, co pralka.
Lusterka boczne? Po co, skoro można zamontować kamery, które i tak parują przy pierwszym deszczu.
Bagażnik? Sterowany aplikacją w telefonie — więc jeśli padnie Ci bateria w smartfonie, możesz zapomnieć o wyjęciu zakupów.
A najlepsze są systemy asystujące — niby mają pomagać, ale w praktyce czujesz się, jakbyś jechał z nadopiekuńczą teściową, która co 5 sekund mówi: „Uważaj!”.


Zakupy poczekają, aż telefon się naładuje.

Podsumowanie

Dzisiejsza motoryzacja przypomina influencerów z Instagrama — wygląda ładnie, błyszczy, ma filtry… ale pod spodem jest pusto i pełno reklam.
Jeśli kochasz jazdę, prostotę i samochody, które “mają duszę” — lepiej trzymaj się klasyków. Bo nowe auta to już nie pojazdy, a drogie, czterokołowe tablety z funkcją jeżdżenia.

Po więcej zapraszamy na: 404mozgnotfound.pl

Tagi:

Jeden komentarz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *